Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samochód. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samochód. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 listopada 2012

Hordaland i Sogn w cztery dni i noce

Wybór Stalheim na bazę wypadową dla Hordaland, mimo że całkowicie przypadkowe okazało się strzałem w dziesiątkę. Niewielka wioska, góruje nad doliną Nærøydalen, otoczona potężnymi, pokrytymi śniegiem górami i setkami wodospadów.  Gdy zobaczyliśmy okolice po raz pierwszy i dowiedzieliśmy się od Andresa o liczbie pobliskich atrakcji, od razu było wiadomo, że cztery dni, pomimo że trwające ok 18 godzin każdy, to o wiele za krótko, żeby porządnie zapoznać się z okolicą.


Nasz wakacyjny domek


Sielankowe Stalheim

Sivlesnipa
Na pierwszy ogień poszło Bergen, później niewielkie, aczkolwiek bardzo popularne, zapewne ze względu na kolejkę i przystań dla promów Flåm. Turystyczna wioska, położona na na krańcu Aurlandsfjorden, w odróżnieniu do innych miejsc, napotkanych w tej części Norwegii jest miejscem wypełnionym po brzegi turystami.Główną atrakcją tego miejsca jest Flåmsbana, kolejka, którą można udać się w podróż do położonego 30km dalej i 900m wyżej Myrdal, podczas której można napawać się widokami doliny Flåmsdalen.
Mapka portu


Ægir Brewery - Pub wikinga
Stacja kolejowa Flåm

Flåmsbana

Przystań

 Jako, że pogoda w ten dzień była, szczególnie na tą cześć Europy  wyjątkowo ładna, nie zdecydowaliśmy się na przejażdżkę pociągiem i postanowiliśmy poeksplorowac dolinę na własnych nogach. Udaliśmy się trasą wzdłuż rzeki Flåmselvi, w sumie bez określenia punku końcowego. Oczywiście majestatyczne Norweskie góry i wodospady po raz kolejny zachwyciły nasze zmysły, ale że nie jesteśmy wyczynowcami wróciliśmy do Flåm po zmęczeniu materiału, czuli po przebyciu około połowy trasy pociągu do Myrdal.

Niespotykana, jak na norweskie warunki temperatura powietrza.
Flåmselvi


Innym miejscem wartym wspomnienia jest zamykające Nærøyfjorden, Gudvangen. Niepozorna osada, leżąca mniej niż 10 kilometrów od Stalheim, której centralnymi punktami są stacja benzynowa i niewielka przystań dla promów, widokami śmiało mogłaby konkurować ze wspomnianym Flåm. W miejscu tym można też podziwiać rekonstrukcje łodzi wikingów, a pod koniec lipca odbywa się tam poświęcony im festiwal.
Nærøyfjorden, Gudvangen
Mimo, że zaplanowana, ze względu na wątpliwe warunki pogodowe, nie doszła do skutku wyprawa do leżącego po przeciwnej stronie fiordu, Kaupanger. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo spędziliśmy ten dzień na ganku naszego tymczasowego lokum, grillując norweską karkówkę i pijąc piwo.

W samym Stalheim atrakcją samą w sobie jest także zjazd drogą Stalheimskleiva. Mierząca zaledwie półtora kilometra trasa o spadku dochodzącym do 20%, na której napotkamy 13 trawers i będziemy mogli podziwiać m.in dwa największe w okolicy wodospady: Sivlefossen i Stalheimsfossen. Do dzisiaj nie mam pewności, czy właśnie tej atrakcji nie zawdzięczam, stwierdzonego po powrocie, dosyć szybkiego zużycia klocków i tarcz hamulcowych w samochodzie.
Stalheimskleiva i Stalheimsfossen

Stalheimskleiva from wrozjazdach.blogspot.com on Vimeo.
-

środa, 17 października 2012

Dalej na północ

W życiu każdych wakacji przychodzi taki moment, kiedy trzeba opuścić miejsce gdzie zdecydowaliśmy się „zmarnować” kawałek swojego życia eksplorując i przy okazji ładując akumulatory. Zazwyczaj wiąże się to ze smutnym (chociaż nie zawsze) powrotem do domu.

Marzenie Norwega - helikopter zaparkowany na podjeździe
Nie miało to miejsca przypadku gdy opuszczaliśmy okolice Lysefjord, jako że wakacje ciągle trwały, niemniej pojawił się cien smutku i zwątpienia, czy aby nie kończy się najlepsza ich cześć, bo miejscówka była nadzwyczaj urocza. Nasza wędrówka jednak toczyła się dalej, ciągle w kierunku północny. Tym razem punktem docelowym było Stalheim w regionie Hordaland, kilka kilometrów od Hardangerfjord.
Można się tam dostać zaledwie na dwa sposoby: trasą numer 13 lub E39. Po internecie krążą plotki, że ta druga jest bardziej malownicza, jednak my wybraliśmy opcję pierwszą ze względu na krótszy dystans i mniej przepraw promowych.

Czerwcowy śnieg
Nie poczuliśmy się jednak zawiedzeni. Podróż wzdłuż „Trzynastki” była szokująco różnorodna i malownicza ale i... przerażająca. Generalnie im dalej na północ, tym bardziej robiło się malowniczo. Podróżując przez Rogaland możemy napawać się urokiem monumentalnych skalistych klifów, oraz ogromnych jezior, wzdłuż których zazwyczaj prowadziła droga. Wjeżdżając do Hordaland, jesteśmy witani przez ośnieżone szczyty i niezliczoną ilość niezwykle malowniczych wodospadów. Najbardziej urokliwą częścią tej krainy są okolice miasta Odda. W pobliżu wodospadu Låtefossen prawdopodobnie tylko najbardziej nieczuli na piękno natury nie zdecydują się na zatrzymanie samochodu, choćby na chwilę. Docierając do Stalheim krajobraz robi się mniej surowy i bardziej zielony, a czasami wręcz idylliczny. Z tego co zauważyłem w tamtych okolicach bardzo popularne jest kajakarstwo, nic dziwnego, gdyż rwących potoków tam nie brakuje.




Odda

Låtefossen

Losowo wybrany wodospad



Czekając na prom z Brimness do Buravik

Tvindefossen w okolicach Voss


Trasa na północ from wrozjazdach.blogspot.com on Vimeo.
Po takich wrażeniach zastanawiam się jak wyglądałaby alternatywna trasa, opisywana jako bardziej malownicza. Zobaczymy przy następnej okazji...
---

niedziela, 22 lipca 2012

Pierwsze Godziny w Norwegii

Zaraz po zapakowaniu się na katamaran o wdzięcznej nazwie Fjord Cat i jako że duńskie wypieki z rana przestały już trzymać, skierowaliśmy nasze pierwsze kroki do pokładowego sklepiku na dosyć późne (było dobrze po 12:00) śniadanie. Oferta nie wybiegała poza to, co oferuje lokalny skandynawski sklepik spożywczy, może poza hot dogami i kiełbaskami z grilla (Pølse) w przeróżnych konfiguracjach i z kilkoma warzywnymi dodatkami do wyboru.

To okazało się taktycznym błędem, bo w międzyczasie pokład wypełnił się pasażerami i znalezienie wolnego fotela w dogodnym miejscu okazało się nie lada wyzwaniem, szczególnie że niedługo po wypłynięciu statek zaczął dość intensywnie bujać, a my nieśliśmy ze sobą świeżo zakupione kiełbaski i napoje. Mimo wszystko udało nam się doczołgać do jednych z ostatnich wolnych foteli na pokładzie, chociaż nie obeszło się bez komentarzy współpodróżnych sugerujących przeholowanie z procentami.

Prawie w Kristiansand
Podróż, pomimo że trwała zaledwie dwie godziny (Fjord Cat naprawdę zadziwia swoją szybkością), była odrobinę nużąca - na pokładzie nie działo się zbyt wiele, a wietrzna pogoda nie sprzyjała spacerom po zewnętrznej jego części. Jedynym urozmaiceniem był widok skalnych wysepek, zwiastujących rychłe dobicie do brzegu w Kristiansand.
Po wylądowaniu musieliśmy przebić się przez labirynt krętych ścieżek wyprowadzających nas z portu na główną trasę. Po drodze minęliśmy przedstawiciela służby celnej wyrywkowo sprawdzającego samochody. Nie wiadomo jakimi kryteriami się kierował, podejrzewam że zatrzymywał te, których pasażerowie wyglądali na przemytników ziemniaków (Norweskie przepisy celne zabraniają wwozić ziemniaków zagranicznego pochodzenia, podobno powodem tego jest ochrona rodzimych produktów przed... stonką).

Do Levik, gdzie znajdował się nasz domek wczasowy pozostało nam magiczne 222 kilometry. W normalnym warunkach oznacza to około dwóch godziny za kółkiem, jednak warunki norweskie do takich nie należą. Brak autostrad, niekończące się serie serpentyn, tunele, roboty drogowe z ruchem wahadłowym i ograniczenia prędkości, w niektórych miejscach nawet do 40 km/h nie dają szans na zbyt szybką jazdę, chyba że kierujący ma ochotę na „odrobinę adrenaliny” kosztującą trochę więcej niż bilet do Tivoli. Nie będę tutaj cytował taryfikatora mandatów, chcącym pogłębić swoją wiedzę z tej dziedziny polecam wpis na blogu Evewnorwegii.
W tym miejscu muszę zaprzeczyć plotkom na które natknąłem się w Internecie, jakoby Norwegowie jeździli powoli, grzecznie i obsesyjnie przestrzegali przepisów. Kilka razy jadąc z maksymalną dozwoloną prędkością byłem wyprzedzany przez samochody na norweskich numerach "lecących" ile fabryka dała, w tym raz na zakręcie i z wciśniętym klaksonem. Nie wspomnę już o tym co wyprawiają, gdy wypuszczą się na szwedzkie autostrady.
Nareszcie u celu: Lysefjord, wioska Forsand i góra Uburen
 Do celu udało nam się tam dotrzeć po ponad czterech godzinach wyczerpującej drogi, co w sumie nie jest takim złym wynikiem, szczególnie że musieliśmy troszeczkę poczekać na prom przez Lysefjord. Dosyć wymagającą trasę zrekompensowały nam niesamowite widoki skalistych klifów, potężnych fiordów i jezior, z różnych perspektyw, bo raz droga biegnie szczytem, a kilkanaście kilometrów później doliną. Namiastkę tego można zobaczyć na filmiku poniżej.


Pierwsze Godziny w Norwegii from wrozjazdach.blogspot.com on Vimeo.

Nasi wakacyjni sąsiedzi
Po zameldowaniu i odświeżeniu, niezwłocznie udaliśmy się na zakupy do Remy 1000 w Jørpeland, ale o tym już w następnym wpisie...